Tajlandia 2017
Tajlandia - Kraina Uśmiechu
Tajlandia - kraj pełen naprawdę miłych ludzi i niesamowitych miejsc. Zachwyca bogactwem barw, przepychem świątyń, bujną tropikalną przyrodą, rajskimi plażami, tradycjami oraz wszechobecnym uśmiechem.
Pokażemy kilka miejscach, które naszym zdaniem warte są wspomnienia.
Podróż rozpoczęliśmy na pokładzie jednej z najlepszych linii lotniczych "QATAR", lecąc największym obecnie samolotem, Airbus A380.
Po dwunastu godzinach lotu - z dwugodzinną przesiadką w Doha - wylądowaliśmy w samym sercu Tajlandii - w BANGKOKU. Mieście chaosu i licznych sprzeczności, które jednak tworzą niepowtarzalną atmosferę tego miasta.
Po odespaniu lotu, pierwsze kroki skierowaliśmy do Pałacu Królewskiego - The Grand Royal Palace - bo jest niesamowitym zabytkiem, bo walą tam tłumy, bo jest po prostu piękny. Jest to jedno z miejsc "must see" w Tajlandii, więc nie było innego wyjścia, trzeba było go zobaczyć. I choć cena wstępu jak na ten kraj jest wysoka, to były to dobrze wydane pieniądze.
Pałac Królewski to dwie części: religijna – czyli kompleks świątynny Wat Phra Kaew - Świątynia Szmaragdowego Buddy, gdzie znajduje się figurka o wysokości 66 cm, przedstawiająca siedzącego Buddę, która jak sama nazwa wskazuje jest wykonana z.... jadelitu, oraz świecka – pomieszczenia dla króla i jego rodziny. Części świeckiej niestety nie udało nam się zwiedzić w środku. Ze względu na żałobę, jaka jest po śmierci króla Ramy IX, była ona niedostępna dla turystów. Wystawione tam było zabalsamowane ciało króla i tłumy Tajów, stojąc po kilka, kilkanaście godzin w bardzo długich kolejkach na upalnym słońcu, udawali się do pałacu aby oddać mu hołd.
Kolejne miejscem które odwiedziliśmy, to świątynia Wat Pho – gdzie znajduje się Leżący Budda. Posąg ma 46 metrów długości, 15 metrów wysokości i ukazuje Wielkiego Mistrza w momencie osiągania nirwany. Jest tak ogromny, że trudno go ująć obiektywem aparatu, no i jest cały… pozłacany! Na terenie świątyni, znajduje się także 1000 innych posągów Buddy!!! oraz mnóstwo chedi, czyli pięknie zdobionych wieżyczek pełniących funkcje relikwiarzy.
Wieczorem "wyprawa" na "Złotą Górę" - 78 metrowe wzniesienie znajdujące się w centrum Bangkoku, na które prowadzi 318 schodów. Na szczycie jest świątynia Wat Saket. Legenda głosi, że na „Złotej Górze” przechowywane są szczątki Buddy, ponoć przywiezione przez Brytyjczyków z Indii i Nepalu. Oczywiście nie wiadomo ile w tym jest prawdy. Kiedyś był to najwyższy punkt Bangkoku. Stąd roztaczają się wspaniałe widoki na całe miasto.
Następnego dnia robimy spacer po China Town. Na miejsce dopływamy tramwajem wodnym - Chao Phraya Express, kursującym po rzece. Jest to najszybszy i najtańszy sposób dostania się do atrakcji znajdujących się przy rzece - Chao Phraya.
Chińskie dzielnice w różnych miejscach świata mają pewne rzeczy wspólne: chaos na ulicach, brud, sklepy z tandetną chińszczyzną wszelkiej maści (taki miniaturowy, stacjonarny Alliexpress;) oraz... stoiska z niesamowitym jedzeniem. Podobno Bangkok ma największą chińską dzielnicę w Azji. A że dniem jakim przyszło nam zwiedzać tą dzielnice był chiński Nowy Rok, wszystko to było spotęgowane. Tysiące Chińczyków odwiedzających świątynie, palących kadzidełka i składających ofiary.
W chińskiej dzielnicy znajduje się świątynia - Wat Traimit, w którym jest posąg Złego Buddy. Jest to największy na świecie posąg Buddy wykonany za szczerego złota. Ma wysokość 3 m, waży ponad 5 ton. Przedstawia Buddę w pozycji siedzącej, z rękami ułożonymi w tzw. bhumisparśa-mudra.
Wyspa Koh Kret na którą pojechaliśmy kolejnego dnia, znajduje się w północnej części Bangkoku, w odległości około 30km od centrum. Nie jest to typowa wyspa. Powstała ona przez przekopanie kanału mającego skrócić drogę łodziom pływającym po Chao Phraya. Jest ona zaprzeczeniem tego wszystkiego z czego słynie Bangkok. Nie ma tu korków, samochodów, chaosu. Jedynymi pojazdami, jakie się tu znajdują to rowery i skutery, a dostać się na wyspę można jedynie niewielkim promem lub też łódkami które "polują" na turystów.
W Bangkoku zobaczyliśmy też dom Jima Thompsona, amerykańskiego żołnierza, szpiega, biznesmena, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach podczas wyprawy do dżungli w Malezji.
Przyczynił się on do rozwoju przemysłu jedwabnego w Tajlandii. W 1958 roku ten były pracownik wywiadu USA, używając części tradycyjnych drewnianych domów sprowadzonych głównie z okolic dawnej stolicy Ayutthay, zbudował w Bangkoku swoją siedzibę, gdzie dziś znajduje się muzeum poświęcone jemu i sztuce produkcji jedwabiu.
Bangkok to nie tylko świątynie, posągi Buddy ale też zwykli ludzie i ich codzienne życie, wszechobecny król, zapach przypraw, wielkie targi z pysznym jedzeniem.
Opuszczamy Bangkok, choć tu jeszcze wrócimy, by udać się samolotem na południe.
Wsiadamy do lokalnego pociągu i w wagonie trzeciej klasy kierujemy się na północ by zobaczyć miejsca, które przez wiele stuleci stanowiły serce tajskiej państwowości.
Po kilku godzinach jazdy docieramy do Lop Buri, gdzie oprócz historycznych świątyń, podziwiamy najbardziej znanych mieszkańców miasta - figlarne a czasem złośliwe małpki – makaki jawajskie. Przesiadują one w ruinach świątyń, na dachach budynków czy też na słupach elektrycznych.
Dawna stolica Tajlandii, Ayutthaya, to kolejne miejsce do którego docieramy. Atrakcje Ayutthaya można opisać w trzech słowach ... świątynie, świątynie, świątynie. Ponieważ położone są one na dość dużym obszarze, zdecydowaliśmy się pożyczyć rowery. I to był strzał w dziesiątkę. Byliśmy całkowicie niezależni i mogliśmy spokojnie, w swoim tempie zwiedzić wszystkie interesujące nas atrakcje.
Wieczorem trafiamy na paradę z okazji Chińskiego Nowego Roku. 28 stycznia Chińczycy przywitali kolejny rok, który jest pod znakiem Koguta, a że Nowy Rok świętują oni przez kilka dni, to oprócz Bangkoku udało nam się również świętować go w Ayutthai.
Wykorzystując publiczną komunikację autobusową, kierujemy się na zachód do Kanchanaburi. Miasto to znane jest z mostu na rzece Kwai, zbudowanego w 1942 roku przez jeńców wojennych różnej narodowości, będących w japońskiej niewoli. Most stanowił część niesławnej "linii śmierci" łączącej Tajlandię z Birmą. Znajdują się tu też cmentarze: aliantów i żołnierzy chińskich, którzy jako jeńcy budowali linię kolejową. Cmentarz żołnierzy alianckich jest ładnie utrzymany, widać przy nim pracujących ludzi. Cmentarz chiński nie ma już tyle "szczęścia". Samo miasto jest dużo spokojniejsze i tańsze od Bangkoku, a w Guest House'ach mieszczących się nad rzeką można spotkać byłych hipisów z zachodu, którzy przyjeżdżają tu "przezimować".
Następnego ranka wsiadamy do autobusu, który lata świetności ma za sobą, a jego przednia część jest małą świątynią buddyjską i robimy jednodniowy wypad do dżungli, a w zasadzie jej namiastki. Jedziemy zobaczyć wodospady w Parku Narodowym Erawan. Znajduje się tu siedem wodospadów, każdy piękny i magiczny, a im wyżej tym ładniej.
Z Kanchanaburi, wykorzystując a jakże autobusową komunikację publiczną, jedziemy z małymi przygodami wynikającymi z trudności na płaszczyźnie komunikacji z miejscowymi kierowcami, do małego miasteczka - Amphawa. Znajduje się tam weekendowy targ na rzece. Jest on głównie odwiedzany przez Tajów przyjeżdżających tu z Bangkoku na weekendowy odpoczynek. Wzdłuż kanału cumują dziesiątki łodzi z zainstalowanymi straganami lub kuchniami. Po obu stronach kanału, w bardzo wąskich przejściach znajdują się stoliki, do których podawane jest jedzenie przygotowywane na łodziach. Można tu też zwiedzić okoliczne świątynie, pływając łodziami po rzece i kanałach.W jednej ze świątyń mnisi prowadzą mini ZOO.
W Tajlandii targi są wszędzie i w różnych miejscach. Jedziemy zobaczyć kolejny targ, tym razem na torach - Mae Klong. Jest on pełen warzyw, owoców, przypraw, ryb, mięsa. Dlaczego targ jest na torach kolejowych, w dodatku czynnych? Spowodowane było to brakiem miejsca na stoiska w przeszłości. Dziś, mimo że sprzedawcy bez problemu mogliby się przenieść w inne, nieco mniej uciążliwe miejsce, nie chcą tego. Każdego dnia bazar odwiedzany jest przez tysiące turystów, a każdy z nich to potencjalny kupiec.
Do Bangkoku wróciliśmy pociągiem jadącym przez bazar. Jazda nim to widokowa uczta. Najpierw jedzie się wzdłuż pól ryżowych oraz plantacji orzechów kokosowych, a zbliżając się do Bangkoku można oglądać co Tajowie robię w swoich "salonach". Pociąg jedzie w odległości niewiele ponad metr od zabudowań. A pociąg jedzie tak...
Nim dotrzemy do Bangkoku, trasę około 100 km pokonujemy jadąc najpierw 1,5 godziny jednym pociągiem, później przeprawa promem przez rzekę, następnie godzina kolejnym pociągiem jadącym już do Bangkoku i na koniec SkayTrain, który zawozi nas pod hotel, gdzie możemy się przespać, by wcześnie rano udać się na lotnisko.
Czas na "plażing", zasłużone leniuchowanie. Szybki lot z Bangkoku do Krabi i przenosimy się na rajskie plaże :).Okolice Krabi słyną z tego, iż znajdują się tam najpiękniejsze widokowo plaże w Tajlandii. Zatrzymujemy się w miejscowości Ao Nang - jak się okazuje, jest to jedna z najbardziej turystycznych miejscowości w okolicy Krabi. Więcej tu białych turystów, niż rodzimych mieszkańców, a cała miejscowość przypomina nasze "kurorty" typu Łeba, czy Mielno. To nie są nasze klimaty, ale na szczęście miejsce to ratuje przepyszne uliczne jedzenie, które udaje nam się znaleźć na jednej z bocznych ulic.
To co odróżnia okolice Krabi i tereny znajdujące się na południe od Krabi od reszty kraju, to zdecydowanie mniej świątyń buddyjskich, za to dużo meczetów. W większości mieszkają tu muzułmanie, a przynajmniej bardziej rzucają się w oczy. Potrawy też tu się trochę różnią, są bardziej pikantne, bardziej kokosowe... pyszne.
Ao Nang traktujemy jako bazę wypadową do zwiedzenia okolicznych wysp i wysepek, laguny oraz pięknych plaż. Railay Beach, Nang Cave Beach, Koh Po Da Nok, Tup Island, Koh Poda.
Wyspa która skradła nasze serca, oaza ciszy i spokoju. RAJ ! To Koh Jum - wyspa na której turystów jest jak lekarstwo, gdzie długie, piaszczyste plaże świecą pustkami, a jedynym obowiązkiem w ciągu dnia jest wstanie z łóżka. Cała reszta to już tylko przyjemności i niekończący się chillout. A jak się dostać na Koh Jum? Proste. Popłynąć promem. A jak wysiąść skoro na wyspie nie ma przystani promowej? Nic prostszego. Prom zatrzymuje na środku morza, w odległości około kilometra od brzegu, a do jego burty podpływają łódki z ośrodków znajdujących się na wyspie. Z promu trzeba zejść wraz z bagażami, a jeśli łódź stoi z dala od burty, trzeba przejść do niej przez wcześniejsze. Wygląda to tak...
Wyjazd z wyspy odbywa się analogicznie ale w odwrotnej kolejności. Łodzie zabierają pasażerów i ustawiają się na pełnym morzu, oczekując na prom. A że to jest Tajlandia i czas jest tu względny, może się zdarzyć tak jak nam, że oczekiwanie na rejs może trwać długo. My czekaliśmy na opóźniony prom około 1,5 godziny, dryfując po morzu na łodzi spiętej linami z innymi oczekującymi łodziami.
Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. W końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności ;). Opuszczamy Koh Jum i przenosimy się na następną wyspę - Koh Lanta. Jest to nasz ostatni przystanek przed powrotem do domu. Koh Lanta - wyspa dość popularna wśród turystów, z pięknymi plażami. My zatrzymujemy się przy plaży Klong Dao Beach, w urokliwym jak z bajki domku .
Wyspa jest dość duża, z rozległymi plażami i bardzo dużymi odpływami. Znana jest z plantacji kauczuku. Jest to dość ciekawy widok: regularnie zasadzone drzewa kauczukowe są ponacinane, kora w miejscu nacięcia jest zdjęta. Do przymocowanych poniżej miseczek z kokosa spływa kauczuk – gęsty i lepki.
Oprócz wylegiwania się i spacerów po plażach, można też udać się na spacer ścieżką przez tropikalną dżunglę, na końcu której znajduje się urokliwy wodospad.
To już prawie koniec naszej wyprawy. Jeszcze tylko 20 godzin podróży, kilka przesiadek autobusowych, szaleńcza jazda busem, przeprawa promowa, jazda tuk tukiem, dwie przesiadki lotnicze, noc spędzona na lotnisku i już jesteśmy w domu.
Tak nam się skojarzyła scena z filmu Barei - "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz".